20 czerwca 1942 roku

Dziś przypada 76. rocznica brawurowej ucieczki Kazimierza Piechowskiego, Józefa Lemparta, Stanisława Jastera, Eugeniusza Bendery. To dla nas wyjątkowo ważne, by uczcić ten dzień, zwłaszcza gdy nie ma już wśród nas heroicznych  bohaterów…

Pragniemy Państwu przypomnieć ten nadzwyczaj niebezpieczny wyczyn z 20 czerwca 1942 roku, o którym opowiedział Pan Kazimierz Piechowski w wywiadzie „Uciec Przeznaczeniu” w portalu edukacyjnym Instytutu Pamięci Narodowej:

„Jak wyglądał plan ucieczki?

W maju 1942 roku przyszedł do mnie Gienek i ze smutkiem powiedział, że nasi w Politische Abteilung, obozowym gestapo, powiedzieli mu, że jest na liście do gazu. Byłem w szoku. To był jedyny kolega, na którego liczyłem. Zapytał, czy sądzę, że można stąd uciec. Ciągle mówił o swoim synu Ryśku, którego chciałby zobaczyć. Wiedziałem, że ucieczka z obozu centralnego była absolutnie niemożliwa i nie chciałem z nim o tym rozmawiać. Drążył mnie przez trzy dni. Wiedział, że znam niemiecki. W końcu się zgodziłem. Bendera powiedział, że może skombinować samochód. Dowiedziałem się, gdzie w magazynach jest składnica mundurów. Gienek dorobił klucz do garaży i miał przygotować samochód. Moim zadaniem było zostawić niezabezpieczony właz do kotłowni w dniu ucieczki, byśmy mieli dostęp do magazynu. Nie mogliśmy tylko przewidzieć tego, co stanie się na ostatnim szlabanie. Postanowiliśmy uciekać w sobotę, gdyż tylko wtedy esesmani w magazynach pracowali do godziny 12 i wyjeżdżali mit seine Fräulein – jakbyśmy to dziś powiedzieli – na weekend.

Ucieczka oznaczała represje wobec pozostałych w obozie więźniów. Co zamierzaliście zrobić, aby do nich nie doszło?

To był majstersztyk: mając w pamięci słowa Fritzscha, wpadliśmy na pomysł, że musimy stworzyć fałszywe komando pracy. Jeśli ucieknie – nie będzie kogo ukarać. Na terenie obozu wszelki transport odbywał się zaprzęgiem ludzkim. Było wiele tzw. Rollwagenkommando, a najmniejsze musiało być czteroosobowe. Gienek zwerbował Józka, ja zaś szukałem chętnego do naszej ucieczki między znajomymi harcerzami, do których miałem zaufanie. Alek Kiprowski z Tczewa i Zbyszek Damasiewicz odmówili. Zgodził się dopiero Staszek Jaster.

Nadszedł 20 czerwca 1942 roku…

…Rano wyszliśmy zwyczajnie z naszym komandem do pracy. Korzystając z okazji usunąłem śrubę uniemożliwiającą otwarcie włazu w kotłowni. O dwunastej kapo wprowadził nas z powrotem do obozu, co zostało odnotowane w księdze przy bramie Arbeit macht frei. Na strychu niedokończonego bloku powtórzyliśmy plan ucieczki. We czterech podjechaliśmy rolwagą pod bramę Arbeit macht frei, ja z żółtą opaską vorarbeitera (brygadzisty).

31 maja 2017 r. Kazimierz Piechowski wspomina kolegów, z którymi 75 lat temu uciekał z KL Auschwitz. (fot. M. Foks)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Melduję: „Rollwagenkommando, Vorarbeiter 918 i trzech więźniów”. Mimo ogolonych głów ze strachu włosy stały nam dęba. Szczęśliwie frajer esesman nie sprawdził w księdze, czy nasze komando istnieje. Przepuścił nas. Doszliśmy do garażu. Gienek został, a my weszliśmy do magazynu i zaopatrzyliśmy się w mundury i broń. Założyłem mundur Untersturmführera, a nie sierżanta, jak podała Danuta Czech w Kalendarzu wydarzeń w KL Auschwitz. Na nasz znak Gienek podjechał pod magazyn. Zdjął więźniarską czapkę i przepisowo się zameldował. Dostrzegł go strażnik z wieżyczki, ale nie zareagował – byłem już w mundurze SS. Gienek wszedł do budynku. Przebrał się. Koledzy w tym czasie załadowali broń do bagażnika auta. Za pierwszym zakrętem zasalutował nam esesman. – Widzisz Kazek, wszystko gra – uśmiechnął się Gienek. Jechaliśmy dalej. Nareszcie widzimy szlaban. Z lewej stolik, przy nim esesman, z prawej buda ze strażnikiem. Obaj uzbrojeni. Mamy do nich jakieś dwieście metrów. Szlaban na dole. Jeszcze się nie przejmujemy. Sto metrów. Szlaban na dole. Nie wiem, jak koledzy, ale ja się bardzo zdenerwowałem. Pięćdziesiąt metrów. Szlaban na dole. Dwadzieścia metrów. Szlaban ciągle na dole. Gienek redukuje na jedynkę, podjeżdża. Stanął. Esesmani nadal nie podnoszą szlabanu. Wtedy, muszę przyznać, popełniłem błąd. Na parę sekund uwierzyłem, że to koniec naszej eskapady. Umówiliśmy się, że w razie niepowodzenia na terenie obozu nie walczymy, ale likwidujemy samych siebie. Na chwilę poszybowałem myślami do mamy, na pożegnanie. W decydującym momencie nawaliłem! Ale jednak się udało. Poczułem mocne uderzenie w kark i za prawym uchem syczący głos siedzącego za mną zakonnika: – Kazek, zrób coś!. – Ocknąłem się. Otworzyłem drzwiczki samochodu i wypuściłem w kierunku strażnika wojskową wiązankę. Nie wystarczyło. Wyskoczyłem z samochodu, energicznie oparłem dłoń na kaburze. Podskoczył do korby. Szlaban w górze. Na to tylko czekaliśmy. Salutują nam. Wyjeżdżamy…

Podawane są sprzeczne informacje, dotyczące właściciela oraz wyglądu samochodu. Czy to był wóz SS Haupsturmfűhrera Paula Kreuzmanna?

Kreuzmann miał swoje auto, ale nie tym uciekaliśmy. Nasz Steyr 220, kabriolet, był w dyspozycji szefostwa obozu. W trakcie ucieczki miał podniesiony dach. Jeszcze w czasie wojny zaczęła krążyć fama, że wysłaliśmy do Rudolfa Hőssa list, w którym dziękujemy za użyczenie samochodu i przepraszamy go za kłopot. To były bajki. Niczego nie wysłaliśmy.

Wyjechaliście poza teren obozu, co dalej?

Niestety zabłądziliśmy. Znaleźliśmy się na terenie budowy podobozu w Monowicach. W oddali widać było pracujących więźniów. Zawracając, zauważyliśmy znajomego jeźdźca. To był Fritzsch! Po ucieczce zapewniał Hőssa, że nas widział, ale niczego się nie domyślił, bo byliśmy w mundurach. Mknęliśmy dalej. Nagle na środku drogi zobaczyliśmy stojącego w rozkroku esesmana, który dawał ręką znak do zatrzymania się. Gaz do dechy. W ostatniej chwili uskoczył. Pogroził pięścią za Steyrem. Po jakimś czasie skręciliśmy w boczną drogę. Jadąc strumykiem uszkodziliśmy wóz na kamieniach. Porzuciliśmy go. Dalej ruszyliśmy pieszo leśną drogą. Idąc wzdłuż Czarnego Potoku napotkaliśmy chatkę. Weszliśmy. Nagle Staszek, który został na czatach, ostrzegł, że idą Niemcy. Szli gęsiego. Było ich pięciu. Zauważyli Staszka, ale przeszli obok z palcami na cynglach automatów.

 

 

Dalej szliśmy nocą. O świcie weszliśmy w pole już wysokiego zboża. Wreszcie mogliśmy się przespać. O zmierzchu zauważyliśmy, że Józkowi z ust cieknie krew. Chciał, żebyśmy zostawili mu pistolet, był zbyt słaby, żeby iść dalej. Zabraliśmy go ze sobą. Doszliśmy do wsi, w której był kościół. Zaskoczonemu księdzu wyjaśniliśmy, że jesteśmy Polakami. Zgodził się przechować Józka pod warunkiem, że zabierzemy jego mundur i broń. Dostaliśmy jedzenie na drogę. Józek przeżył czas wojny. Następny postój mieliśmy u gospodarza w chacie pod lasem. Opowiedzieliśmy mu swoją historię. Dowiedzieliśmy się, że u wójta i na bramie kościoła Niemcy wywiesili listy gończe, w których oferują pół miliona złotych za wskazanie uciekinierów w mundurach niemieckich. Dostaliśmy cywilne ubrania. Wkrótce opuścił nas Staszek. Wyruszył do Warszawy. Żegnając się, wyszeptał mi do ucha, że wiezie raport Pileckiego. Ruszyliśmy z Gienkiem na wschód. Coraz mniej polskich chat, coraz więcej ukraińskich. Gienek stwierdził, że nie mogę uchodzić za Polaka, bo to tutaj niebezpieczne. Kiedy pytał o mnie gospodarz Ukrainiec, Gienek mówił, że jestem niemową. Nie czułem się jednak dobrze na tych terenach. Gienek miał znajomych młynarzy w powiecie Końskie. Poszliśmy tam. Córka młynarzy Słupczyńskich miała kontakt z partyzantką. Zdobyła dla Gienka kenkartę na nazwisko Stefan Pidruczny. Ponieważ do młyna często zaglądali Niemcy, zostałem przeniesiony do Nikodema Nowakowskiego ze wsi Mnin, który akurat potrzebował pracownika. Nie wiedział, kim jestem. Jego żona coś podejrzewała. Opowiedziałem jej swoją historię. Od tego momentu uchodziłem za krewnego. Córka gospodarzy, Krysia, skontaktowała mnie z miejscowym nauczycielem, członkiem AK. Nazywał się Piec. Otrzymałem kenkartę na nazwisko Władysław Sikora. Trafiłem do partyzantki, do „Garbatego”. Lubiłem go. Dowództwo za nim nie przepadało, gdyż czasem wykonywał akcje bez wiedzy przełożonych. Taki Bohun. Wytrwałem u niego do końca wojny.

W ilu potyczkach brał Pan udział?

W niewielu. W jednej zostałem ranny. Pewne wydarzenie utkwiło mi w głowie do dziś. W powiecie Końskie mieszkał leśniczy. Współpracował z Niemcami. Dostaliśmy rozkaz z góry. Późnym wieczorem zjawiliśmy się we dwóch u leśniczego i poprosiliśmy na zewnątrz, na rozmowę. Podprowadziliśmy biedaka pod ogrodzenie, odczytaliśmy wyrok… Wtedy wyszła jego żona z dwiema dziewczynkami. Płakały, trzymając się matczynej koszuli. Tydzień później otrzymaliśmy informację, że to nie ten. Właściwy zdrajca mieszkał trzy kilometry dalej. Stało się. Nie mogę tego wymazać z pamięci do dziś…

Waszą ucieczkę przypłacił życiem tylko kapo, Kurt Pachala.

To był wariat na punkcie pokazania swojego komanda jako dobrze wytresowanych ludzi, maszerujących do pracy i z powrotem ze śpiewem na ustach. Zmuszał nas do uczenia się niemieckich piosenek. Lubił bić pałką, kopać, w szczególności w przyrodzenie. Czuł, że ma władzę. Kiedy dowiedziałem się, że nie żyje, nie czułem żalu, choć paradoksalnie Pachala nie ponosił winy za naszą ucieczkę. Był kozłem ofiarnym. Poza nim siedmiu oficerów i podoficerów poszło na front wschodni. Uznano ich za winnych ucieczki więźniów, co było zgodne z poleceniem SS-Gruppenführera Richarda Glücksa, inspektora obozów koncentracyjnych. Dowiedziałem się o tym od Alka Kiprowskiego po powrocie do Tczewa.

Stanisław Jaster zginął podczas okupacji.

 

Zabili go koledzy. Para akowców rozdała zamówione w drukarni zaproszenia o swoim ślubie, zawiadamiając o terminie i miejscu. Dowiedziało się o tym warszawskie gestapo. Nim msza się skończyła, obsadzono cały kościół. Niemcy przewieźli wszystkich na Szucha, przesiali i okazało się, że wśród zatrzymanych było kilkudziesięciu akowców. Kto jest temu winien? Staszek Jaster – dostał zaproszenie, ale nie był na mszy. W książce Cichy front, w rozdziale ”Zdrajca”, napisano, że Staszek został skaptowany przez Politische Abteilung już w obozie. To oni mieli zorganizować naszą ucieczkę, by Staszek wkręcił się gdzie potrzeba i zdawał meldunki. Tymczasem wiadomo, że następnego dnia po ucieczce Niemcy wzięli z domu rodziców Staszka, zawieźli do obozu koncentracyjnego Auschwitz i zamordowali. Jak mam uwierzyć w to, że w nagrodę za rzekomą współpracę zabili mu rodziców? Mało tego: mimo zamordowania mu rodziców Staszek miał okazję wykazania się jako szpicel i zdradził akowców w kościele. Czy normalny człowiek może w coś takiego uwierzyć? Walczę od dwudziestu lat. Mam polskie i niemieckie dokumenty niezbicie świadczące o niewinności Staszka. Dostarczyłem je historykowi z Uniwersytetu Warszawskiego, który pisał, że Pilecki wysłał do Londynu raport przez Staszka Jastera. Twierdził, że do końca nie wiadomo, czy był konfidentem. Zapytałem, czy może wskazać w archiwum Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej jeden dokument potwierdzający, że Staszek zginął, bo był zdrajcą. Odparł, że nic takiego nie ma. We własnych archiwach również nic takiego nie miał. Powiedziałem, że jest tchórzem, żeby przyznać, że Staszek jest niewinny. Często w nocy śni mi się kolega, wzorowy patriota, prawa ręka Pileckiego i woła: „Kazik, to przecież nieprawda!”. Jaster bezsprzecznie był bohaterem!

Co stało się z bliskimi pozostałych uciekinierów?

Żona Gienka, bez jego wiedzy, wyszła za mąż za Niemca. Chroniło to ją od represji, ale Gienek nie zobaczył już syna. Natomiast Józek przesłał do domu gryps, po którym jego matka ukryła się. Niestety schwytano ją i trafiła do Auschwitz, gdzie zginęła. Moich rodziców już w grudniu 1939 r. Niemcy wywieźli do dużego gospodarstwa rolnego, gdzie mama pracowała przy krowach, a tato był pomocnikiem kowala. Do końca wojny mieszkali w boksie dla krów.

Jednym z Pańskich zadań jako więźnia było wywożenie ciał zastrzelonych spod Ściany Śmierci. Po wojnie znów stanął Pan w tym miejscu…

Umysł byłego więźnia na chwilę, czasem trochę dłużej, wraca do obozu. Medycy nazwali to syndromem Auschwitz. Podam przykład. Józef Lempart zginął po wojnie przechodząc przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Najpewniej myślami był wówczas w obozie. W mojej rodzinie pobyt w obozie był tematem tabu, nie wolno go było poruszać. Inaczej całe to piekło wracało. Mnie ten syndrom dopadał najczęściej w domu, nocą. Żona wówczas budziła mnie i uspakajała. Śniło mi się, że jestem w Auschwitz. Esesmani strzelają, gonią mnie psy. W śnie próbowałem je kopnąć, ale w rzeczywistości uderzyłem w żeliwny grzejnik. Złamałem stopę. Kiedy wydobrzałem, żona poprosiła, bym pokazał jej ten obóz. Po odmowach w końcu się zgodziłem. Gdy przechodziliśmy przez bramę Arbeit mach frei, coś mnie szarpnęło. To jeszcze nic strasznego, pomyślałem. Blok 2, tu zacząłem staż w Auschwitz. Dalej w prawo, Blok Śmierci. Weszliśmy na dziedziniec. Zobaczyłem Ścianę Śmierci… W obozie przez sześć tygodni byłem w Leichenkommando. Spod tej ściany zwoziliśmy trupy do krematorium nr I. Przez moment niczego nie słyszałem, a prócz góry pokrwawionych trupów niczego nie widziałem. Wywaliłem się. Przybiegło dwóch panów. Zawieźli mnie do biura i zawołali lekarza. Podano zastrzyki. Po półgodzinie wydobyto mnie z tego. To syndrom Auschwitz…”

 

Źródło: http://pamiec.pl/pa/teksty/wywiady/12490,UCIEC-PRZEZNACZENIU-rozmowa-z-Kazimierzem-Piechowskim-wiezniem-numer-918-uciekin.html

Na skróty

Partnerzy Uczelni: